Ojejku... Co tu się porobiło. Aż z ciekawości zapytałem wujka google co tam ludzie piszą o tej pozycji: Supergirl Power (od Loeba)... I ja nie wiem, czy to efekt nazwiska zawyża pozytywny odbiór tego tytułu czy tylko ja nie widzę w tym tomiku niczego wartościowego? Taka kupa, że strach. Nie ma tu historii. Jest sobie Supergirl świeżo po wydarzeniach z Batman/Superman, kiedy to wylądowała na Ziemi i teraz nie wie co ze sobą zrobić. Odwiedza kolegów po fachu z uniwersum DC i autor dwoi się i troi, byle by wszyscy chcieli jej naklepać z mniej lub bardziej błahego powodu i aż popada w absurdy i bohaterowie sztucznie wykazują skrajne zachowania. Kreska rzemieślniczo super. Może jestem na tyle zwyrodniały, że nie przeszkadza mi aż tak bardzo przeseksualizowane przedstawianie kobiecych ciał, aczkolwiek sam fakt mało-subtelności w tej materii nie dawał o sobie zapomnieć przez wszystkie strony komiksu. I borze mój zielony, ten rodzaj humoru i infantylne relacje... Myślałem, że po Bendisowym Supku widziałem wszystko, ale cały ten Loeb daleko nie odbiega kunsztem. Kurczę, miałem nadzieję na fajniejszą lekturę, bo przy Batman/Superman bawiłem się przednio.