Revenge of the Green Lanterns przeczytane jako uzupełnienie runu Geoffa Johnsa - zacząłem od głównych tytułów jego runu (Rebirth, Sinestro Corps War, Blackest Night i oczekujące na przeczytanie Brightest Day) z pominięciem mniej istotnych tomów (w końcu masakrycznie dużo jest tych tomów), ale w trakcie czytania uznałem, że podoba mi się na tyle by pochłonąć całość. Trochę nie po kolei, ale nie przeszkadza mi to jakoś. Nie czytałem starszych komiksów z Green Lanternem, ale, mimo że Johns wyraźnie czerpie garściami z historii, nawiązując do znanych motywów i przywracając zmarłych/zaginionych bohaterów, nie czuję się jakoś specjalnie zagubiony. Zauważyłem za to ciekawy retcon rzucający nowe światło na romans Hala z nastolatką 😉 Potwierdzam, że ten run to bardzo dobry pomysł dla zielonolatarnianych nowicjuszy na rozpoczęcie przekopywania się przez historię Green Lantern Corps. A ten tytuł jest tego znakomitym przykładem.
Oczywiście wszystko przy akceptacji faktu, że to jest taka kosmiczna telenowela z bitką i "fajnymi" tekstami, ambitna w swojej rozległości i rozbudowie świata przedstawionego, ale fabularnie to nadal pretekstowe superhero wśród gwiazd. Ja taką pretekstowość lubię i nie potrzebuję wielowarstwowej intrygi, by po prostu dobrze się bawić.
Rysunkowo nie będę się powtarzać: wszystko trzyma wyjątkowo wysoki poziom warsztatu, jak z resztą cały run. Zachodzę w głowę, jakim cudem na tylu stronach udaje się artystom pokazywać w kółko ten sam gwiezdny "pejzaż" roświetlony różnokolorowymi fajerwerkami i nie jest to nudne.
Do albumu dołączona była jakaś ramotka, ale w momencie tego pisania już nie pamiętam o czym, pamiętam, że przeczytałem bez bólu, więc luz.