W końcu zabrałem się za Batman Metal, którego trzy tomy sobie czekały już kilka miesięcy na półkach na przeczytanie. Póki co, mam mieszane uczucia po lekturze 1 tomu.
Wiem, że to przede wszystkim ma być rozrywkowa jazda bez trzymanki szukająca pretekstów do pokazywania ciekawych designów nietypowych kostiumów postaci 😛 Fascynacja Snydera mechami i stylistyką heavy metalu jest tu bardzo obecna, wiadomo. I mi to nie przeszkadza. Doceniam kreatywność, nawet jeśli ogranicza się raczej do wizualiów. Doceniam też, że fabularnie scenarzysta nie próbuje nam wciskać kitu jak to wspina się na wyżyny ambicji, tylko po prostu nieskrępowanie serwuje rozrywkę i widać dużo miłości i zaangażowania na każdej stronie. Co jednak mnie uderza to w dialogach często postaci zaczynają odbiegać w dygresje czy napomykać jakieś mroczne głupotki tak nagle, z dupy, bez kontekstu, byleby brzmiało edgy. A do tego jakieś bzdurne komentarze pozostałych bohaterów, gdzie związek logiczny między jednym a drugim często skutecznie mnie gubi. A to przecież nie powinna być jakaś specjalnie skomplikowana fabuła. Możliwe, że ma w tym udział polskie tłumaczenie, ale w tym wypadku odnoszę wrażenie, że lektura oryginału niewiele by zyskała. Cieszą mnie liczne nawiązania do innych tytułów, nawet do Batmana Morrisona, ale nie dziwię się, że dla przeciętnego egmontowego polskiego zjadacza komiksów liczba nawiązań może być dezorientująca i w sumie uznana za bełkot. Niestety to jest zarówno siła jak i słabość opierania się na bogatej historii komiksowego uniwersum...
Pierwszy tom to jeden z wielu przykładów udowadniający, że nasi tłumacze nie radzą sobie z przełożeniem angielskiego nie-literackiego z masą kolokwializmów na jakąś zgrabną polską wersję języka mówionego... Sztandarowym przykładem, jak zwykle, jest wykrzyknienie "there!" tłumaczone (olaboga!) dosłownie jako "tam!", kiedy rzecz jasna nie chodzi o wskazanie żadnego miejsca, tylko potwierdzenie, że się osiągnęło swój cel... Już nie raz o tym biadoliłem, ale to nie jest tak, że czepiam się jednego błahego elementu. Przez cały tom miałem wrażenie, że wiele rzeczy było tłumaczone zbyt gorliwie z zachowaniem jak największej wierności oryginałowi, często dosłownie - a jednak nie wszystko co brzmi ok po angielsku na polski będzie miało podobny wydźwięk. Czasami trzeba odpuścić i trochę bardziej elastycznie podejść do tłumaczenia, tak by to dobrze brzmiało po polsku, bez zgrzytów...
Wracając do fabuły, pozostała część tomu niepisana przez Snydera, zawierająca, wydaje mi się, istotne tie-in'y, bo nawet powiązane ze sobą chronologicznie, wypada już trochę słabiej. Ma cechy typowego fillerowego jednorazowca rozdmuchanego eventu. To kolejny sygnał dla mnie czy nie będzie czasem lepiej zachować anglojęzyczną wersję (która jest bardziej podzielona między różnymi tomami) i pozbyć się polskiej (chyba, że w dalszej części okaże się, że bez tych fillerów ciężko będzie przeżyć jakieś dziury fabularne, to się okaże).
Polskie wydanie urzeka fajnymi okładkami z metalizujacą warstwą. Na zdjęciach prezentują się słabo, ale w rzeczywistości cieszą oko. I to byłby argument za pozostaniem przy polskiej wersji.
Skoro jesteśmy przy wizualiach: ten tom ma bardzo nierówny poziom. Capullo, wiadomo zajebisty. Nawet te szybciej rysowane rysunki, z mniejszą dbałością o detale potrafi sprzedać w efektowny sposób. Nawet JR JR, który zwykle zupełnie mi nie pasuje, tutaj wypada całkiem ok, możliwe, że kwestia świetnego tuszu. Zeszyty z innych serii to już galeria pośpiesznie rysowanego crapu. Np. taki Sejic, którego rysunki zwykle są powszechnie uwielbiane (choć w mój gust akurat nie trafia, ale technicznie doceniam) prezentuje niedbałą kupę - widać w kresce, że gość ma fajną stylówę, ale dużo cierpi na niefrasobliwym implementowaniu technik komputerowych (1. rozdzielczość, grubość kreski, detale - są bardzo zachwiane w obrębie nawet jednego kadru - widać, że są momenty, gdy pracuje na dużym zbliżeniu nad jakąś pierdołą, która potem odznacza się w szerszym kontekście rysunku, bo reszta została potraktowana szkicowo przy maksymalnym oddaleniu. 2. plamy kolorów nabazgrolone byle jak z bardzo widocznymi śladami photoshopowego pędzla. 3. różne drobne detale doklejane na osobnych warstwach kontrastują na tle reszty i często zmieniają swoje położenie lub w ogóle znikają.)
Mam nadzieję, że kolejne tomy już bardziej skupią się na głównej fabule, już bez zajawiaczy, tylko z konkretami. Seria ma moje zainteresowanie, tylko teraz trzeba to przekuć w satysfakcję.