Pierwszy tom Planetary z DC Deluxe za mną. Bardzo zadowolony jestem z tej lektury. Momentami mocno zakręcona i wymagała więcej zaangażowania niż typowa supebohaterszczyzna. Bardzo podoba mi się, że wątki nie są nadmiernie tłumaczone i Ellis zostawia trochę czytelnikowi oddechu na własne domysły, nie sili się na origin każdej postaci, tylko leci z koksem. Multum odniesień do kultury. Beka z Holmesa, który okazuje się zimnym draniem z niereformowalnymi poglądami.
Marudziłem na tłumaczenie, ale nie ma w nim jakichś rażących byków, tylko dobór niektórego słownictwa boli mnie subiektywnie. Nie rozumiem odmieniania przez przypadki imienia Elijah. W wołaczu "Elijahu" wygląda znośnie na papierze, ale biorąc pod uwagę wymowę anglojęzyczną imienia (elajdża) za Chiny nie wiem jak to sobie zwerbalizować. No i ta "posoka", którą od Wildstorm przejęło sobie DC. Dobrze, że tłumaczenie zjawiska "bleed" jest konsekwentne w wydawanych komiksach z tych uniwersów/uniwersum, ale ja bym preferował kierunek znaczeniowy bardziej międzykomiksowy, meta, bo anglojęzyczna nazwa nawiązuje do spadu drukarskiego oraz do przestrzeni między kadrami (czyli dla postaci komiksowych między światami).
Rysunki są niesamowite. Tak jak zwykle rozpływam się nad ultra detalicznymi, czasochłonnymi aktami mistrzowskiego rzemiosła, tak tutaj w pełni doceniam bardzo świadomie poprowadzoną syntezę rysunku, nie pozbawioną detali, ale wyczyszczoną z wszystkiego co nie służy artystycznemu obrazowi. Synteza polega na minimalizacji detalu, nie formy (jak to bywa w stylach prezentowanych np. przez Mignolę), kreska jest subtelna, często niknie jedynie sugerując kształt. Do tego bardzo stonowana kolorystyka i nie przesadzająca z uplastycznianiem rysunków dodając detaliczne wielobarwne przejścia tonalne, tylko zwykle ograniczająca się do prostych gradientów czy nawet jednolitych kolorów i cieni o ostrej krawędzi. Efekt jest bardzo przejrzysty i łatwy (niebanalny) do przyswojenia, bo nieobciążony bardziej ciężkostrawnym zbytkiem. Ponadto Cassaday wtrąca kilka różnych technik, umiejętnie komponując w ramach jednego stylu, ale pozwalając sobie w ten sposób kłaść odpowiednie akcenty podkreślające charakter fragmentu historii. I z drobnych rzeczy, które cieszą takich drążących wariatów jak ja, doceniam jego pracę nad zniekształceniami sposobu widzenia czy rzut trójwymiarowego obrazu na płaszczyznę. Super sprawa, i wymaga więcej pracy analitycznej od rysownika niż tylko bierne odtwarzanie tego jak nasze oko widzi świat.
Drugi tom przede mną a jeszcze leci do mnie zakupiona z drugiej ręki kolekcja Authority... Ostrzę sobie zęby na to 😁