Kosmiczna Odyseja przeczytana. Ja chyba po prostu nie lubię Starlina. To już nie dla mnie ta klasyczna infantylna narracja. Ciągle bohaterowie coś do siebie gadają, opisując co właśnie robią czy komentując dosłownie wszystko. W sumie rozumiem po co są te komentarze. Bez ich często bełkotliwego wkładu z tej historii niewiele by zostało. Bo oto jest wielkie zło, które należy pokonać. Tym razem nie mówi nam o tym magiczna ściana, starożytna przepowiednia czy inna bardziej oklepana Deus ex machina tylko skomplikowane obliczenia przeprowadzone za pomocą technologii Apokolips. Czego nawet Superman nie jest w stanie ogarnąć, a co dopiero czytelnik z małym rozumkiem.
Ale wiecie co... Tym razem mi to nie przeszkadzało. W Death in the Family strasznie mnie irytował ten dysonans między infantylnością i miałkością fabuły a trudzącymi się na bycie ważkimi i przeznaczonymi dla dorosłych wątkami polityki, sadyzmu i dramatu rodzinnego.
Tu od początku do końca jest to głupia zabawa nie próbująca być czymś więcej. I dobrze się mi to czytało. Tam gdzie fabuła już nie wiedziała czym jeszcze zapełnić uwagę czytelnika, Mignola powrzucał fabularnie zbędne, ale estetycznie cieszące oczy dodatkowe rozbudowane sceny walki. Walki śmiesznej i głupiej (obrzucanie sprzętem przez gluty i znokautowanie tym boga... no halo...), ale ładnej. Lubię kreskę Mignoli i, choć tu jeszcze dopracowuje swój styl, z którego później zasłynie w Hellboyu, znajduję tu wiele elementów, za jakie go doceniam.
Normalnie bo lekturze i nasyceniu się rysunkami pewnie opyliłbym dalej, ale ten komiks dotyka wielu aspektów mitologii uniwersum DC, aspektów, które w innych komiksach czasami są tylko wspominane i używane jako gimmick, a tu oprócz tej roli, autor próbuje rozbudować je do czegoś więcej. Więc dobrze wpisuje się ten tytuł w klucz według, którego buduję kolekcję i raczej go zachowam. Na razie 🙂 Może mi się odwidzi.