czwartek, 30 grudnia 2021

#30 Batman Trzech Jokerów

Wczoraj wieczorem skończyłem czytanie Dżokerów Trzech i było to dobre czytanie. Równolegle czytam Zegar Zagłady - oba te tytuły przecierpiały na przehajpowanie i raczej taki sobie odbiór wśród czytelników. O ile przy Zegarze Zagłady jeszcze coś może zmienić moje zdanie (może dzisiaj doczytam), to lekturę komiksu, w którym mamy do czynienia z trójką różnych Jokerów jednocześnie, oceniam bardzo pozytywnie.

To elegancka, kameralna prosta historia, z mnóstwem odwołań do historii DC, tej nowszej i tej starszej, zgrabnie poprowadzona, bez zgrzytów i zastojów, i bez fabularnych głupotek! Co się rzadko Johnsowi przecież udaje, bo jego fabuły zwykle są pretekstowe i swoją siłę opierają w dynamice między wieloma postaciami albo reinwencją zasad rządzących światem DC, co nieraz wymaga "kreatywnej księgowości".

Tymczasem tu, choć nie bardzo wyszukana, fabuła jest sklejona bardzo zdolnie i nie sili się na wywracanie świata do góry nogami. Był intrygujący pomysł, co by było, gdyby Joker to nie była jedna osoba i pomysł ten jest zrealizowany z sukcesem, choć może i nazbyt rzemieślniczo. T.zn. cała tajemnica stojąca za tą zajawką jest banalna i nie zostawia czytelnika za szczeną na ziemi. I widzę, że ten aspekt mógł najbardziej odrzucać w dniach premiery. Miałem to szczęście, że nie czytałem tego ze zbudowanymi oczekiwaniami i przez to nie zawiodło mnie to, bo ta historia ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko ciekawy gimmick.

Przede wszystkim jest to list miłosny do najbardziej tragicznych w konsekwencjach historii o Batmanie. Tytuł Trzech Jokerów opowiada tak naprawdę o trzech innych postaciach: Batmanie, Jasonie Toddzie i Barbarze Gordon. Ponadto ciekawe światło Johns rzuca na postać Joe'a Chill'a. Wszystkie wątki to rozwinięcie tego co już dawno zaszufladkowano jako klasyki i nie wracano do tego. Czy ten komiks jest potrzebny? Czy wprowadza jakieś istotne zmiany w życiu tych bohaterów? Zgadzam się, że nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, nie mniej jednak, to co Johns chciał zawrzeć w tej serii, dla mnie stanowiło świetne, bardziej dojrzałe i świeże spojrzenie na tragizm, który po latach w poszczególnych przypadkach miesza się z infantylnością ramoty, bezwzględną nostalgią czy memicznym banałem. To, wg mnie, jest wystarczającym powodem by sięgnąć po ten tytuł.

To co mi się jeszcze podoba w Trzech Jokerach, to to, że Johns nie sili się specjalnie na wyjaśnianie wszystkich niuansów związanych z kontinuum, nawet w którymś momencie trochę sam sobie zaprzecza, ale po głębszym zastanowieniu zrzucam to zaprzeczenie nie na braku konsekwencji ciągłości narracyjnej, tylko na nagięcie wiedzy postaci do fabuły, tak jak to autorowi potrzebne, by uzyskać odpowiedni efekt. I mi to nie przeszkadza, aczkolwiek dla wielu frustratów może to być zabieg oszukańczy. Scenarzysta zostawia też sporo niedopowiedzeń i pola do interpretacji przez czytelnika. Dla mnie to jest uczta. Ale wiem, że są tacy, którym jak czegoś się nie wyjaśni jak krowie na rowie, to będą się pieklić, że jak to? A skąd? A dlaczego? A ja akurat zwykle należę do tych pieklących się, tyle że zwykle moje malkontenctwo wynika z oceny w szerszym kontekście - gdzie brakuje mi konsekwencji i umiejętności scenarzysty do przekonania do pewnych idei. Johns mnie kupił i szanuję jego decyzje, które w mojej opinii nie mają służyć "kontinuum", tylko opowieści właśnie.

Co drażniło mnie w tej historii to niepotrzebnie wtrącony romans. Tak jakby Johns musiał zaliczyć wszystkie punkty obowiązkowe dla hollywoodzkich filmów. Nie czuję tego i dodatkowo, mam niemiłe wrażenie, że co autor to nowe fantazje z kim z bat-rodzinki by tu nie spiknąć Batgirl... Dobrze, że Johns wycofuje się z tego i to nawet w całkiem udany melodramatyczny sposób, ale i tak pozostawia to poczucie niepotrzebne kontrowersji? W ogóle to Red Hood momentami zachowuje się jak Anakin z epizodu drugiego albo jakiś nastolatek z High School Musical. Ale powyższe dwie kwestie nie przeszkodziły mi w cieszeniu się resztą historii, bo i nie były przeciągane i nie powodowały zgrzytów z innymi wątkami.

Trochę dużo naopowiadałem się na temat fabuły, która aż tak rozwlekła przecież nie jest i nie dotyka tysiąca różnych wątków. Ale po prostu drażni mnie ten kontrast wychwalanych pod niebiosa starszych tytułów Johnsa (a imię ich Legion), gdzie fabuła w wielu wypadkach była co najwyżej taka se, a broniły ją rzeczy, o których wspomniałem na początku tej tyrady, w drugim kapicie. Tymczasem Trzech Jokerów, opowieść bardzo dojrzała, przemyślana, elegancko skrojona, gdzie naprawdę ciężko mi się czego przyczepić (a wiecie, że bardzo lubię się czepiać, tak dla sportu), dużo traci przez rozciągnięty w czasie hajp i przerost wygórowanych oczekiwań.

A jeszcze nic nie powiedziałem o rysunkach... A są one zniewalające. Klasyczna, schludna kreska, ale z detalem podkręconym do potęgi! Zadbano o odpowiednie proporcje, czytelny i realistyczny światłocień i bogate, ale nie przytłaczające tła. Sceny akcji mogą wyglądać nieco statycznie, ze względu na bardzo subtelne przejaskrawianie dynamicznych poz, ale kadrowanie nadrabia nadawanie walce akcyjności. Mamy podział siatki 3x3 - o zaletach tego konsekwentnie stosowanego zabiegu wspominałem przy okazji czytania Strażników - Fabok umiejętnie korzysta z niego przy niemal filmowym sekwencjonowaniu kolejnych kadrów. Mógłbym się rozpływać i rozpływać, ale ten kto nie widzi jakie to piękne, najlepiej niech se gały wydłubie, bo po co mu xD Nadmienię tylko jeszcze o Andersonie, którego dobór kolorystyki to świetny balans między hollywoodzką nasyconą pstrokatością a stonowanym thrillerem, jednocześnie uwydatniający zalety rysunków Faboka, nieprzesłaniający skrupulatnej pracy tuszem.

Tako rzekłem i w ogóle #gdzieztąmordą.