czwartek, 30 grudnia 2021

#31 Zegar Zagłady

Mam za sobą Zegar Zagłady - długo oczekiwany, ciągle przeciągany i po premierze średnio przyjęty tytuł Geoffa Johnsa. Ten komiks nie mógł się podobać wielu osobom, bo:

- dotyka świętej krowy jakimi są Strażnicy - więc odpadają fanboje Moore'a,

- ponadto został wydany w burzliwym okresie zmian w kontinuum DC i po premierze parę rzeczy nie było już aktualne - odpadają komiksowi księgowi,

- jednocześnie sam sporo w tym kontinuum (zarówno głównej linii DC jak i w uniwersum Strażników) miesza, wprowadza retcony i retro-retcony - odpadają historyczni puryści,

- jednocześnie nawiązuje do wielu postaci, które od lat albo pojawiały się sporadycznie, albo w ogóle - odpadają nowicjusze nieobeznani z szerszą historią,

- ma fabułę niepotrzebnie skomplikowaną - odpadają fani łatwej rozrywki,

- fabuła jest naćkana fajnymi gimmickami, ale treści w niej aż tyle nie ma - odpadają miłośnicy wysmakowanych historii.

Ten komiks jest jednak... dla mnie 😃 Mimo, że stosunkowo niedawno zacząłem czytać komiksy DC, historii liznąłem na tyle by rozpoznać większą część nawiązań i jednocześnie nie obrosłem na tyle nostalgią, by zamykać sobie perspektywę na możliwość kontynuacji klasyka, nawet jeżeli daleko jej do ideału. Od historii nie wymagam, by były z najwyższej półki, w końcu super-hero w większości nie grzeszy wysublimowaniem. Oczywiście nie mam klapki na oczach - "To jest Johns, to musi być dobre" - wielokrotnie wypowiadałem się na temat słabych stron tego przez wielu cenionego scenarzysty. Jego wkład w rozwój uniwersum DC w XXI wieku jest niewątpliwy.

Zegar Zagłady jednak prezentuje galerię wad z jakimi wiążą się pisane przez niego historie. Często przesłanki fabularne sugerują znacznie większą konkluzję niż ta, którą prezentuje zakończenie wątku. Pojawiają się nieokreślone dziury czasowe, gdzie trzeba znacznie więcej kreatywności, by to połączyć w całość niż tylko wymagałoby to zwykłe "domyślenie się". Nie chodzi o to, że muszę mieć wszystko podane na talerzu, ale inną skrajnością jest sytuacja, gdy zaangażowanie zamienia się w mękę próby powiązania niektórych sytuacji. Oczywiście, można też zignorować i brnąć dalej, nie mniej jednak zgrzytają mi takie rzeczy. Nie lubię też fałszywych przesłanek, chyba że scenarzysta w sprytny sposób z nich wybrnie - Johnsowi parę razy niestety nie udało się utrzymać mnie w napięciu przez zbyt banalne twisty.

Brzmi bardzo słabo, ale chciałbym podzielić się refleksją, że dużo łatwiej jest mi się podzielić z Wami tym, co mi nie podeszło, niż określić się, co było fajne 😛 Jednak pomimo powyższych przytyków, kurde blaszka, czytało mi się to raczej fajnie, dość szybko (mimo większej liczby stron niż Strażnicy, poświęciłem temu mniej więcej 30% mniej czasu) i satysfakcji też całkiem sporo czerpałem z lektury. Johns ma talent do tych swoich gimmicków, fajnych scen, które może i jakoś specjalnie nie służą całości, ale są właśnie "fajne". Strony Zegara Zagłady kipią miłością do komiksów, autor dwoi się i troi, byle przywrócić do współczesnych realiów mniej lub bardziej zapomniane motywy i postaci. Ja mogę tej miłości nie podzielać, ale znacie chyba takie miłe uczucie uznania, kiedy ktoś Wam z entuzjazmem opowiada o swojej pasji? Wątki, chociaż nie wszystkie udało się z pełnym sukcesem pociągnąć do końca, dają mimo to sporo frajdy, jest ich mnóstwo i się przeplatają - taka sałatka fabularna. Fani mięsiwa muszą jednak zrobić kulinarny wyjątek. Podobał mi się też rubaszny humor. Nie robi się z tego komedia, co to to nie, ale to miła odskocznia od momentami dramatycznego a czasami nawet nazbyt pompatycznego tonu. Przy okazji atmosfery komiksu - jest to chyba najmniej "heroiczny" komiks Johnsa - t.zn. jakieś heroizmy się dzieją, ale zwykle poza kadrem i nie są w centrum historii, a bardziej naturalną konsekwencją wydarzeń dziejących się w świecie wypełnionym ludźmi z super-mocami. Odtąd moim ulubionym tekstem Batmana obok "I am the vengeance, I am the knight...", "this is operating table and I am a surgeon" będzie "zjadłeś moje śniadanie" 🤣 W ogóle sceny z Batmanem są tu wyjątkowo komiczne - w moim mniemaniu w pozytywnym świetle.

A jeszcze nic o rysunkach Garego Franka nie napisałem. Mamy tu już tradycyjnie nawiązującą do Strażników siatkę kadrów 3x3, co jak przy ostatnio czytanych przeze mnie tytułach (The Button, Trzech Jokerów, Strażnicy) wspominałem, jest świetnym zabiegiem nadającym odpowiedni rytm, kameralną ekspozycję i filmowe sekwencjonowanie. Frank jednak nie wzoruje się 100% na Gibbonsie, nie przenosi wszystkich tricków 1:1 i dodaje coś od siebie. Trochę jak Gerads w Mr. Miracle przełamuje konwencję kadrowania i ciekawie wykorzystuje czerń. Dodaje nachodzące na siebie na wzajem czarne rozszerzające się czarne paski z fragmentami rozciągniętego kadru, symulując przechodzenie obrazu w czerń i nie ogranicza się do pojedynczych zupełnie- czarnych kadrów, bo mamy nawet czarny spread-page i siatkę pełną 9 czarnych kadrów. Ma to fabularne uzasadnienie rzecz jasna i oczywiście, można przejść obok tego obojętnie i przewrócić od razu kartkę po prostu na następną stronę, ale bardziej zaangażowany czytelnik powinien docenić taki zabieg. Poza tym całkiem sprytnie przechodzi od wątku do wątku (których imię jest Legion), łącząc wizualnie kadr ostatni poprzedniego wątku z pierwszym kadrem nowego wątku.

Zegar Zagłady to emocjonalny roller-coster z masą odwołań, nie tylko do Strażników, niepozbawiony kilku kolein i zgrzytów, ale ostatecznie serwujący całkiem niezłą rozrywkę. Warto dać mu szansę i spróbować przeczytać, nie nastawiwszy się od początku negatywnie mniej pochlebnymi opiniami.