Eh, kontynuuję run Kinga. Graficznie spoko, miejscami nawet bardzo widowiskowo. Nie mam problemów z absurdalnymi epickimi heroizmami, jakie dokonuje w tym tomie Batman - rozrywkowo spoko. Jednak strasznie zbendisował mi się ten King. Bez umiaru wykorzystuje pełno powtórzeń, które jako pewien środek stylistyczny bardzo lubię, ale kiedy jest stosowany umiejętnie. Tu momentami miałem wrażenie, że już coś tam scenarzyście zaczyna wychodzić z tych jego bełkotów, ale zaraz to psuł, nie wiedząc kiedy skończyć z danym motywem. Ile można pieprzyć o tym łamaniu kręgosłupa... I to "kotko! kotko!", "gacku!". Wydawało mi się, że jestem na to przygotowany, ale już po 2 tomach rzygać mi się tym chce. Do faktu bycia dupkiem, Batman staje się jeszcze strasznie "creepy"... Kurczę, miałem chwalić, że tym razem historia jest bardziej skoncentrowana i nie lata jak kot ze sraczką wszędzie gdzie się da, jak to było w pierwszym tomie, ale zakończenie tego tomu i wyjaśnienie wielkiej tajemnicy stojącej za Catwoman strasznie mnie zawiodło. Przedstawia ją nam się jako morderczynię kilkuset osób. I Batman, nie mając żadnych dowodów, święcie jest przekonany, że ona tego nie zrobiła (nawet wbrew jej własnym słowom). I tu jest to czego nie lubię w ch*****ch scenariuszach. Nie ma żadnej satysfakcji z tego jaka konkluzja wynikła na końcu w tej sprawie, bo wątek wyjaśniający to pojawia się z d.u.p.y. Ciężko mi wskazać dokładnie na czym polega mój bulwers bez spoilerów. Myślałem, że mam sporą tolerancję na crap. Czytałem sporo słabizny, z której czerpałem jakaś tam przyjemność. Ale tu się srogo zawiodłem, bo historia przedstawiona w tym tomie składa się z "bajeranckich momentów", ale brakuje jej "wsadu", który na koniec "odbiłby się" z satysfakcją. Szkoda mi, tym bardziej zdziwiony jestem, bo Mr. Miracle bardzo mi się podobał i tam też było pełno powtórzeń, różnych "symetrii", dziwnych dialogów, widzę te same elementy, ale tam to było jakoś bardziej elegancko i kameralnie sklejone. No i pewnie też kwestia zupełnie innego bohatera, który dotychczas i tak zawsze był trochę "z czapy".
Miało być krótko a wyszedł rant. Czytam dalej. Jestem masochistą. Najwyraźniej.
Jeszcze słowo dla kontekstu: ja bardzo byłem pozytywnie nastawiony do lektury tego runu. Nie mogę doczekać się wątków z Cold Days, podwójnej randki z supkiem czy Kite-Mana. Jednocześnie byłem przygotowany na to, że mają się pojawić jakieś dziwności, więc starałem się jednocześnie zachować jakiś dystans do tego i nie męczyć się irytacją. Ale mimo tak przygotowanego nastawienia, nie jestem w stanie przeboleć niektórych rzeczy.