Wczoraj przerwałem lekturę tego tomu Green Lantern z runu Geoffa Johnsa - No Fear, by pospamować trochę w poście otwartym. Właśnie doczytałem i jestem zadowolony. Historia jest prowadzona podobnie jak w innych tomach GL przed wojnami i kryzysami. W sumie nawet wolę jak Johns pisze takie bardziej kameralne historyjki. Podoba mi się Sinestro Corps War i Blackest Night, ale te bardziej epickie historie są na dłuższą metę bardziej męczące. No Fear jest o konsekwencjach popełnionych błędów. Hal Jordan z typowego chojraka zamienia się tu w postać o większej głębi, co nie przychodzi mu z łatwością. W komiksie poruszone jest mnóstwo mniej i bardziej istotnych wątków. Wiem że część prowadzi do późniejszych wydarzeń, więc nie przeszkadzają mi te wszystkie "lead-up'y", ale jakby ktoś chciał czytać ten tom jako niezależną historię, sporo nitek pozostanie nierozwiązanych. Jak na taką ilość spotkań z różnymi postaciami (nie tak dużo jak w późniejszych komiksach), Johns świetnie sobie radzi z trzymaniem tego w ryzach i jeszcze zachowaniem klimatu hollywoodzkiego block bustera. Jak już wspominałem przy innych pozycjach z tego runu, rysunki są świetne (oprócz fragmentu secret files and origins, które zawsze jest co najwyżej średnie). Nie mam o co się przyczepić, ewentualnie do okładek, że generyczne, ale ładne i tak.
ten komiks nie wymagał ode mnie żadnej wytrwałości - lekko mi się czytało. późniejsze, bardziej epickie już więcej wymagały ode mnie.
wiele zależy od perspektywy z jakiej się to czyta. ja mam w kolekcji większość tego runu i wiem, że poszczególne wątki do czegoś prowadzą. i fajnie, że większość mieści się jednak w ramach tego runu i jest w miarę koherentna. inne tytuły każące mi skakać po kilku równolegle wydawanych seriach o różnej jakości już nie traktuję z taką tolerancją. vide ostatnio czytany przeze mnie Superman Tomasiego (który przecież zawiera kilkukrotnie mniej materiału). i byłoby tak też z Infinite Crisis, gdyby nie to, że przemogłem się i przeczytałem większość serii z nim związanych (aczkolwiek tu z jakością jest bardzo różnie).
jeszcze dopowiem: jak zaczynałem budować kolekcję, to mimo wielu pochlebnych opinii o tym runie, z góry założyłem, że nie ma co się w to pakować, bo tego jest za dużo, nie przepadałem wtedy za bardzo za zielonymi latarnikami i po prostu wolałem finanse przeznaczyć na coś innego.
ale tanio zdobylem boxa blackest night/ brightest day... to dokupiłem "niezbędne" tomy (no nie wszystkie, wiadomo) dla kontekstu blackest night... lektura się spodobała, pojawiły się jakieś okazje na uzupełnienie runu... no i mam teraz niemal komplet aż do N52 😃 i bardzo mi się podoba, choć wiem, że większość to niezbyt wyrafinowana pretekstowa fabuła z fajerwerkami w kosmosie, zgrabnie poprowadzony ekwiwalent kinowego "popcorniaka". i więcej nie wymagam 😃 przynajmniej nie wynudziło mnie lub nie zirytowało, lub nie obrzydziło estetycznie jak co poniektóre tytuły.