Przedwczoraj przeczytałem DCeased tom 1, ale dopiero teraz udało mi się zabrać za napisanie parę słów o nim. Wiedziałem przed lekturą, że nie ma co się spodziewać buk wie czego, po prostu luźna rozrywka, scenariusz pretekstowy, byle wyłamać ze schematu znane postaci w sytuacjach, które nigdy by nie mogły mieć miejsca w głównym kontinuum. I w pewnym sensie lektura tego komiksu nie odbiegała od powyższego. Jednak brakowało mi tu czegoś odrobinę "więcej", ciut więcej treści niż tylko galeria kolejnych śmierci, które nie wywołują za wiele emocji. Nie ma tutaj "satysfakcjonujących" śmierci - wiecie, takich dotykających postaci, które wnosiły jakiś większy wkład w historię a których śmierć powodowałaby jakąś istotną zmianę. Oprócz kilku wyjątków i kilku sytuacji, które można byłoby na siłę podciągnąć pod to, to większość śmierci postaci jest na zasadzie: "o patrz, to bohater który pojawia się w komisach od kilkudziesięciu lat. a teraz nie żyje. następny proszę!". Poza tym liczyłem na trochę lepsze rysunki i lepiej przedstawioną akcję. Okładki są niesamowite, ale środek już to tylko wyróbstwo, schludne, jakby tak wyrachowane optymalnie między czymś co już jest ładne, ale jeszcze w miarę szybko da się narysować. Choć krwi jest pełno i jakies tam flaki są, to jednak po takim gatunku opowieści oczekiwałem więcej naturalistycznych motywów, więcej "cielesności", a tak to większość krwi to tylko rozbryzgi losowych "cięć w powietrzu".
Podoba mi się wpasowanie zombie do uniwersum DC - motyw z równaniem antyżycia uważam za świetny pomysł. Scenarzysta nie patyczkuje się i szybko zmienia status quo bez nadmiernej ekspozycji, byle mieć za sobą uwarunkowanie wydarzeń i leci z akcją do przodu. Parę razy śmiechłem, bo momentami bliżej temu do komedii. Gdy próbuje uderzać w bardziej poważne tony, zazwyczaj efekt jest nijaki. Niestety, większość emocji jakie może wywołać ten komiks łączy się jedynie z postaciami, które poznaliśmy i zżyliśmy się w innych tytułach. Tutaj nie oddano przestrzeni na rozwój postaci i tytuł po prostu nie broni się w ogóle jako niezależna historia. I może takie założenie było, ja jednak od takiego scenarzysty spodziewałem się odrobinę więcej rasowego storytellingu.
Mimo miałkiej większości, końcówka bezceremonialnie zostawia czytelnika z ciekawym stanem w jakim znajduje się świat przedstawiony, do którego doprowadziła seria wydarzeń przełamujących typowe oczekiwania czytelnicze. Z ciekawością sięgnę po kolejny tom, ale raczej traktuję już serię jako lekką jednorazową przygodę.
(...)
miało być @!?#$ krótko, serio, uwierzcie mi. a wyszło jak zawsze.