Wróciłem na moment do Blackest Night, tym razem tom z tie-in'ami z Green Lantern. Czytało się szybko i przyjemnie. Johns świetnie prowadzi historię w stylu marvelowskiego uniwersum filmowego. Mnóstwo wątków i postaci pędzących do przodu, bez zadyszki, dużo fajnego przeplatania motywów, nawiązań do starszej i nowszej historii DC i budowania nowych struktur uniwersum, bazując na istniejących elementach. Historia trochę bardziej skupia się m.in. na Stewarcie i jego wewnętrznych rozterkach i pokazuje też trochę akcji innych bohaterów DC, ktorzy tymczasowo posiedli jakieś pierścienie. Trochę ich jest i Johns nie skupia się na nich w tych zeszytach poza Merą i na kilka chwil Strachem na Wróble. Trochę żałuję, że nie przeczytałem od razu po głównym evencie, bo parę rzeczy zatarło się w pamięci.
Rysunki jak zwykle w serii, bardzo dobre. Dużo fajerwerków i kolorów. W tego typu historiach, często się gubię, bo miejsca wydarzeń wyglądają dość abstrakcyjnie, i tu też tak miewam, ale nie zdążam się poirytować, bo fabuła mknie dalej i dawkuje kolejne dozy blockbusterowej akcji.
Już wiem, że ten run ma stałe miejsce w mojej kolekcji i koniecznie wrócę do niego na kolejną lekturę. A tymczasem mam jeszcze kilka tomów uzupełniających do przeczytania, więc może w święta doczytam. Zastanawiam się czy może jeszcze raz samego eventu nie przypomnieć sobie.