Żałuję, że nie czytałem 2 tomu Green Lanterna Morrisona zaraz po pierwszym. Mam wrażenie, że umykało mi przez to wiecej niż zwykle 😛 Pierwszy tom był naćkany masą ciekawych nowych konceptów. Drugi wraca do kryzysów multiwersum i eksploracji relacji międzywymiarowych... Jest ok, ale mam wrażenie, że Morrison temat już szeroko opracował w innych tytułach i tym razem moja wytrzymałość była bardziej ograniczona - szybko się tym zmęczyłem. Poza tym, choć w pełni rozumiem zabieg, zaczęło drażnić mnie stylizowanie narracji, dialogów i motywów na oldschoolowe ramotki. Dużo pompatycznych haseł i opisywania tego co się właśnie dzieje (co w sumie czasami jest bardzo uzasadnione, bo nie sposób niektórych bełkotów wyjaśnić rysunkiem). Widzę, że scenarzysta świetnie się bawi motywami, odniesieniami i nie sili się na jakąś super ambitną fabułę - to po prostu nieskrępowana jazda bez trzymanki. I ok, ale chyba w złym momencie coś takiego czytałem. Nie jestem gotowy, będę musiał do tego kiedyś wrócić. Bo teraz bardziej się wymęczyłem niż cieszyłem z czytania. Na wyróżnienie: całkiem podoba mi się pierwszy zeszyt mieszający komiks z narracją typową dla powieści - nawet niekonsekwentnie prowadzone dialogi (raz w dymku, raz w paragrafie) dają ciekawy efekt "lektora". No i fabularnie sceny te są ciekawym, choć pretekstowym, rozwiązaniem "powrotu Jordana". Na plus też annual, który ma oczywisty podtekst zagarniania przez człowieka przestrzeni (ale z twistem, bo ostatecznie odczułem to jako krytykę skrajnych działań w obronie kwestii o marginalnym znaczeniu). Zakończenie intrygujące i pozostawia trochę wolnego pola do interpretacji.
Jakoś nie podeszło mi tłumaczenie, często pojawiającego się w morrisonowych historiach motywu z "bleed" oznaczającego przestrzeń między kadrami (dosłownie), który przebija czwartą ścianę i stanowi swego rodzaju komiksowe limbo. Przy czym w żargonie drukarskim "bleed" oznacza "spad" i wolałbym bardziej dosłowne tłumaczenie wokół tego tematu, niż bardziej edgy "posoka", która jednoczenie traci cały ten niejednoznaczny wydźwięk, wg mnie.
O Sharpie wyrobiłem sobie już opinię w poprzednim tomie - rysuje bardzo nierówno. Nie można mu odmówić wyobraźni. Czasami zachwyca rozmachem, kiedy indziej mamy pół strony słabo dopracowanego szkicu. Przynajmniej nie używa skrótowców "kopiuj wklej" tak nagminnie jak to było w poprzednim tomie. W annualu z kolei mile mnie zaskoczył Trevor Scott - zwykle staram się nie używać tego wyświechtanego sformułowania: ale bardzo podobała mi się jego kreska 🙂
Główny wątek kończy się na cliffhangerze i żeby ogarnąć całość muszę sięgnąć po kolejny tom, ale nie wiem czy jestem gotowy. Pewnie odłożę lekturę na kiedy indziej, możliwe że od początku sobie całość przeczytam.