czwartek, 30 grudnia 2021

#9 The Green Lantern (Grant Morrison) tom 2 Dzień, w którym spadły gwiazdy

Żałuję, że nie czytałem 2 tomu Green Lanterna Morrisona zaraz po pierwszym. Mam wrażenie, że umykało mi przez to wiecej niż zwykle 😛 Pierwszy tom był naćkany masą ciekawych nowych konceptów. Drugi wraca do kryzysów multiwersum i eksploracji relacji międzywymiarowych... Jest ok, ale mam wrażenie, że Morrison temat już szeroko opracował w innych tytułach i tym razem moja wytrzymałość była bardziej ograniczona - szybko się tym zmęczyłem. Poza tym, choć w pełni rozumiem zabieg, zaczęło drażnić mnie stylizowanie narracji, dialogów i motywów na oldschoolowe ramotki. Dużo pompatycznych haseł i opisywania tego co się właśnie dzieje (co w sumie czasami jest bardzo uzasadnione, bo nie sposób niektórych bełkotów wyjaśnić rysunkiem). Widzę, że scenarzysta świetnie się bawi motywami, odniesieniami i nie sili się na jakąś super ambitną fabułę - to po prostu nieskrępowana jazda bez trzymanki. I ok, ale chyba w złym momencie coś takiego czytałem. Nie jestem gotowy, będę musiał do tego kiedyś wrócić. Bo teraz bardziej się wymęczyłem niż cieszyłem z czytania. Na wyróżnienie: całkiem podoba mi się pierwszy zeszyt mieszający komiks z narracją typową dla powieści - nawet niekonsekwentnie prowadzone dialogi (raz w dymku, raz w paragrafie) dają ciekawy efekt "lektora". No i fabularnie sceny te są ciekawym, choć pretekstowym, rozwiązaniem "powrotu Jordana". Na plus też annual, który ma oczywisty podtekst zagarniania przez człowieka przestrzeni (ale z twistem, bo ostatecznie odczułem to jako krytykę skrajnych działań w obronie kwestii o marginalnym znaczeniu). Zakończenie intrygujące i pozostawia trochę wolnego pola do interpretacji.

Jakoś nie podeszło mi tłumaczenie, często pojawiającego się w morrisonowych historiach motywu z "bleed" oznaczającego przestrzeń między kadrami (dosłownie), który przebija czwartą ścianę i stanowi swego rodzaju komiksowe limbo. Przy czym w żargonie drukarskim "bleed" oznacza "spad" i wolałbym bardziej dosłowne tłumaczenie wokół tego tematu, niż bardziej edgy "posoka", która jednoczenie traci cały ten niejednoznaczny wydźwięk, wg mnie.

O Sharpie wyrobiłem sobie już opinię w poprzednim tomie - rysuje bardzo nierówno. Nie można mu odmówić wyobraźni. Czasami zachwyca rozmachem, kiedy indziej mamy pół strony słabo dopracowanego szkicu. Przynajmniej nie używa skrótowców "kopiuj wklej" tak nagminnie jak to było w poprzednim tomie. W annualu z kolei mile mnie zaskoczył Trevor Scott - zwykle staram się nie używać tego wyświechtanego sformułowania: ale bardzo podobała mi się jego kreska 🙂

Główny wątek kończy się na cliffhangerze i żeby ogarnąć całość muszę sięgnąć po kolejny tom, ale nie wiem czy jestem gotowy. Pewnie odłożę lekturę na kiedy indziej, możliwe że od początku sobie całość przeczytam.




(...)
właściwie to mam wrażenie, że aż nadto zrozumiałem ten tom i oceniam, że wysiłek włożony w to zrozumienie nie jest wart tego co otrzymujemy w zamian. ale tak jak wspomniałem, możliwe, że jakbym czytał w innym momencie, to więcej satysfakcji by z tego płynęło - bo nie potrafię wskazać konkretnej przyczyny czemu tym razem nie było takiej satysfakcji.