sobota, 5 lutego 2022

#94 The Mutliversity

Kolejna pozycja na liście fana Morrisona zaliczona: The Multiversity to ogromny projekt, w którym swój udział, oprócz scenarzysty, miał duży sztab artystów. Komiks ten rozwija pomysł jeszcze sprzed kryzysów, a który powrócił w okolicach Infinite Crisis i 52 (duh!) o (tym razem skończonej) liczbie światów, które są wariacjami podstawowej Ziemi. Na tyle mocno ta historia nawiązuje do Final Crisis, również tego autora, że The Multiversity można uznać za kontynuację, ale swobodnie oba komiksy bronią się jako samodzielne twory. W odróżnieniu od FC, w moim odczuciu The Multiversity jest dużo bardziej przystępne (jeżeli można mówić o jakiejś przystępności w większości twórczości Morrisona) – jest przepełnione dużo łatwiejszą do wyłapania symboliką, metaforami popkulturowymi, metafizycznymi i… ee… matematycznymi 😃 Warstwa fabularna jest dużo prostsza i mniej zagmatwana, choć rozbudowana, bo jednak swoją akcję ma na sporej części z 52 Ziem (i poza nimi, na innych planach komiksowej(?) egzystencji) i bierze w niej udział (nie liczyłem) całkiem zacna gromadka bohaterów, w większości będących wersjami tych, których dobrze znamy ze stron bardziej „standardowych” komiksów.

Często oceniam niektóre zabiegi fabularne Morrisona jako pretekst do pokazania fajnego konceptu, co samej „fabule” jako takiej za bardzo nie musi służyć a nawet czasami mogłaby się bez tego obyć, ale u Morrisona zwykle to te „koncepty” właśnie są najsilniejszą stroną. W przypadku The Multiversity mamy scenariusz, który ma początek i koniec a w środku kilkukrotnie powtórzone motywy: mini-ekspozycja, obecność gimmicku (przeklęty komiks), konflikt/inwazja, wołanie o pomoc. Mocno upraszczam, oczywiście - każda z wariacji ma jakiś twist, inny sposób narracji, ciekawe „myki” związane z charakterem świata, w którym obecnie znajduje się akcja, itd. Ale czysto fabularnie jest to powielany schemat i… to chyba dobrze? Waham się, bo wiem, że dla wielu mógłby to być przerost formy nad treścią albo powód do nudy… i zwykle sam bym dołączył do marud, ale w tym wypadku czuję, że to świadomy zabieg, który miał:

1) wprowadzić więcej czytelności,

2) sam być wariacją na temat wariacji, bo to komiks o różnych wersjach świata, więc alegoria… no, czytelna 😛

I nie czułem podczas lektury mimo to tej schematyczności, ani tym bardziej nudy.

Się rozpisałem już, a stwierdziłem, że akurat „fabuła” ma jedno z mniejszych znaczeń w tym albumie 😃 Bo to, co istotne to skatalogowanie czegoś, co kilkanaście lat temu zostało zapoczątkowane przez Infinite Crisis, wielokrotnie napomykane w serii 52, potem w Final Crisis i w wielu innych miejscach. 52 Ziemie. Wraz z krótkim opisem, rysunkami bohaterów, całą mapą Multiwersum, które mieści znacznie więcej planów egzystencji (i nie-egzystencji?) niż tylko te Ziemie. Kto dociekliwy, ten odnajdzie też zapiski dotyczące relacji w jakich zostały ułożone te 52 Ziemie na „mapie”…

Morrison popisuje się elastycznością i kreatywnością z jaką udaje mu się skonstruować tego molocha – korzysta z bogatej historii świata DC i tworzy na takich podwalinach interesujące relacje i zasady. Fani bardziej przyziemnej fantastyki odbiją się oczywiście, ale ja się jaram rozmachem. Elastyczność wykazuje również w tym, że tym razem, by to wszystko poukładać i usystematyzować, nie potrzebuje wielkich redakcyjnych kryzysów z wywracaniem do góry nogami istniejących popularnych postaci, z usuwaniem niewygodnych dla wydawcy postaci i wątków i umożliwiających restart nowych serii od zeszytów #1. Kryzys jest, i to chyba największy jaki możliwie może być, ale dotyczy samej istoty kontinuum bez tie-inów, corssoverów i innych ingerencji w istniejące serie. I tu odpieram, chyba najczęściej spotykany przeze mnie zarzut – że ta seria niczego tak naprawdę nie zmienia. Noż kur…! To właśnie jest w niej piękne! Ile razy było tak, że dobrze zapowiadająca się seria zboczyła z toru przez usilne powiązanie z jakimś wielkim eventem albo, że nie da się przeczytać komiksu X bez przeczytania komiksu Y, bo Y zmienia wszystko…? Tymczasem, jak ktoś nie znosi Morrisona, to po prostu ominie ten tytuł i nie będzie musiał z tego powodu zgrzytać zębami przy lekturze innych komiksów.

Morrison, jako że sam nigdy niczego nie tworzy z niczego, tylko opiera się na własnej bogatej wiedzy na temat, zawsze bardzo stara się zostawiać dużo ciekawych nitek, którymi sam mógłby w przyszłości podążyć albo jakiś inny autor. Komiks pozytywnie mnie zaskoczył i jestem otwarty na ewentualne rozwinięcie tematu, ale patrząc na to, że po Seven Soldiers of Victory, niewiele uwagi DC poświęcało postaciom, które w tym tytule Morrison wyciągnął na światło dzienne, wątpię by ktoś odważył się na kontynuację niektórych wątków, chyba że sam Morrison.

Widzę w tym tytule też bardzo dużo czegoś, co można by określić mianem autoironii – Morrison wydaje się jakby świadomy, że efekt jego pisaniny często wydaje się bełkotliwy a koncepcje przedstawiane w historii są nieraz tak abstrakcyjne, że niemal absurdalne – ale, skłaniałbym się bardziej ku temu, że autor daje upust tego, że zdaje sobie sprawę z krytyki, nie jest na nią głuchy i to ją bardziej „ironizuje” niż własny styl. Śmiechłem z tego i to w sumie tyle z analizy 😜 Przy okazji humoru – scenarzysta bawi się jak tylko znajdzie odpowiednią okazję i przejawia nietypowy humor ekscentryka a nawet serwuje sporo kreskówkowego slapsticku 😉

O rysunkach nic nie napisałem jeszcze… No, są bardzo różne 😛 Komiks ma formę podobną do Seven Soldiers – są dwa zeszyty, rozpoczynający i kończący, spinające całą serię a między nimi akcja dzieje się tym razem w siedmiu one-shotach (nie 7 mini-seriach jak było w SSoV), każdy traktujący o innym zakątku Multiversum. I każdy zeszyt to możliwość ukazania bardzo różnej stylistyki – w takim tytule bardzo pasuje współudział wielu artystów, bo nie wpływa na ewentualny „brak spójności”. Nie powiem, żeby mi się wszystko podobało, ale tam, gdzie subiektywnie nie pasuje mi styl, warsztatowo jest na tyle wysokim poziomie, że nie przeszkadza mi to w trakcie lektury. Mistrzostwem jest praca Quitely’ego – znany m.in. właśnie z częstej kolaboracji z Morrisonem – i widać, że jak nie trzepie zeszytów do ongoingu w krótkich terminach, to potrafi znacznie więcej oddać swego serca w detal i dopracowanie warsztatu. Porozpływałbym się dalej nad rysowanym przez niego zeszytem, ale planuję napisać osobną tyradę, na ten temat – bo zasługuje.


Przy okazji moich ostatnich marudzeń na temat tłumaczeń, ktoś poprosił mnie o kilka przykładów tego, co mi nie pasuje w przekładzie The Multiversity. Poniżej moje odczucia do polskiej edycji komiksu.

Osobna kwestia to polskie wydanie, które czytałem. Tytuł przetłumaczono zgrabnie, choć z pominięciem wieloznaczności oryginału, na „Multiwersum”. Egmont wydał to w swojej linii DC Deluxe, więc wiadomo, czego się spodziewać – dobrej jakości gruby papier, powiększony format, smutna czarna okładka wyższej jakości z powleczeniem z generycznym tłoczonym tytułem, do tego obwoluta, która często jest elementem krytyki ze strony osób, które nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że wolno im ją ściągnąć przed lekturą. Pierwszym powodem, z którego żałuję, że nie kupiłem oryginalnego amerykańskiego wydania, jest to, że polski wydawca nie zrobił wyjątku od reguły i nie pokusił się na małą innowację zza oceanu – otóż DC Comics wydało obwolutę z dwustronnym nadrukiem i na drugiej stronie widnieje mapa Multiwersum, która co prawda widnieje również w środku albumu, ale taki bajer zyskuje na tym, że jest osobnym elementem, który na dodatek nie cierpi ze względu na „gutter loss”.

Ponarzekam teraz sobie na tłumaczenie - drugi powód, dla którego żałuję, że nie kupiłem oryginału. Mógłbym niesprawiedliwie nastukać jakie to jest totalnie beznadziejne, że nie da się tego czytać, kompletna amatorszczyzna itp. Ale ciężko mi nie docenić, mimo niżej wymienionych przykładów baboli, z jakim tytanicznym zadaniem tłumacz musiał sobie poradzić i w większości wypadków wyszedł obronną ręką. To nie jest kolejny akcyjniak z masą dialogów-zapełniaczy o niczym i szczątkową fabułą. To apogeum misz-maszu komiksowego, różnego rodzaju stylu wypowiedzi, naleciałości, gadki z różnych okresów, sporo abstrakcji, niełatwych do ogarnięcia słowem konceptów, odwołań do niezliczonej liczby komiksów… To wymaga ogromu pracy i przygotowań.

Niestety sporo jednak przedarło się, pisząc wprost, błędów. Można narzekać na dobór poszczególnego słownictwa, ale to zawsze będzie subiektywny odbiór – może się podobać, może nie – jak Tobie się spodoba, to komuś innemu nie. Jednak komiks zawiera błędy zmieniające sens wypowiedzi, zatraca pierwotny cel czy po prostu zmienia adresata słów… Poniżej podam kilka przykładów, zanim ktoś zacznie się oburzać i ciśnie sakramentalnym „to zrób lepiej”. Nie tylko w celu uzasadnienia, ale również robię to dla tych, co mogliby wziąć pod uwagę moje tyrady przed zakupem polskiego wydania. Chodzi mi o to, że zdaję sobie sprawę z tego, jaką jestem osobą i że mam specyficzną wrażliwość w temacie poprawności tłumaczeń. Coś, co dla mnie stanowi kardynalny błąd, dla kogoś innego może być nic nieznaczącą błahostką, o której zapomni po obróceniu kartki albo w ogóle zignoruje. Sam też nie mam specjalistycznego wyksztalcenia językowego i poniższe moje ewentualne propozycje nie mają ambicji aspirować do pełnoprawnego profesjonalnego tłumaczenia, co jest oczywiste, ale podkreślę, podaję je jedynie jako próbę ukazania, co mi nie gra w oryginalnym przekładzie.

Przykład 1
Tłumaczenie (dialog dwóch postaci):
A (adresuje do trzeciej osoby): Proszę mówić, co pani chce, ale ten człowiek zna swoją historię. I bohaterskich awanturników! Dajcie mu więcej komiksów.
B: Różnych?
A: Każdą dobrą historię.
Przeczytałem to po polsku i nijak mi nie pasowało do kontekstu historii, oceniłem to jako wtręt, który nic do niej nie wnosi. Ewentualnie słaby żart ze strony autora. Ale to Morrison i miałem wątpliwość czy oryginalny tekst również był taki niepotrzebny.
Oryg. tekst:
A: -- Say what you like, but this man knows his mythology. And his adventure heroes. Bring him more comics.
B: Different each time?
A: Every good story is.
Tłumacz zatracił oryginalny sens tłumaczonego tekstu. W oryginale postać B pyta „Inne za każdym razem?” – w sensie, że każdy z tych komiksów, który ma otrzymać, czytany powtórnie będzie inny niż poprzednio – czyli że dostarczy nowych treści, których przy każdej wcześniejszej lekturze czytelnik nie wychwycił. Odpowiedź „A” w tym kontekście oznacza, że wg niego „każda dobra historia jest inna za każdym razem”. I to jest jeden z wyraźniejszych motywów w całym The Multiversity a szczególnie jest to zaznaczone w zeszycie, w którym ten dialog się znajduje, tj. Pax Americana. I nagle wszystko gra i się spina. Drobna różnica w doborze słów tłumaczenia i zupełnie zmienia znaczenie i traci szerszy kontekst.

Przykład 2
Tłumaczenie (dwie osoby walczą z trzecią):
A (leży na ziemi): Niech ktoś… gra na zwłokę.
B (do C-złola): Proszę pana!
B (następny kadr, B rzuca bronią w C i mówi do C): Pan łapie!
Myślałem, że pierwsza kwestia B została zaadresowana do A („Proszę pana!”), bo B jest młodą osobą, a A stanowi jakiś autorytet. Ale kolejny kadr sugeruje, że jednak słowa te B kierowała do C, który jest niehumanoidalnym złolem, którego atakuje (bo karze mu złapać wycelowaną w niego broń)… Jaki jest sens mówić do potwora per „pan”?
Oryg. tekst
A: Somebody. Buy me some time.
B (do A): Sir!
B (następny kadr, B rzuca bronią w C i mówi do A): You got it!
Nie wiem czemu to sprawiło trudność tłumaczowi, sytuacja jest oczywista i jak czyta się kadr po kadrze bez wyciągania z kontekstu – adresatem słów B powinien być cały czas A, w ogóle nie odzywa się do C, który jest złolem. „You got it!” to jest typowa kolokwialna potwierdzająca odpowiedź na prośbę. B mówi do C coś w stylu „Załatwione” albo „Masz to jak w banku”. Owszem „to get” można tłumaczyć bezpośrednio na „mieć, posiadać, złapać”, ale to jest sposób tłumaczenia na poziomie internetowego translatora. Znowu – drobna zmiana, a zupełnie zatraciła pierwotne znaczenie.

Przykład 3 (uwaga mały spoiler)
Nie zauważyłbym tego podczas czytania, ale natknąłem się na to, szukając innych fragmentów jak wyglądały w oryginale. To jest pierdoła i dużo nie psuje, ale może wpłynąć na odbiór pewnego „twistu” na końcu. W jednym z zeszytów oryginału postać woła „S.O.S!” i powtarza to w drugim dymku: „S.O.S.!”. Polskie tłumaczenie: „SOS!” (pierwszy dymek), „Pomocy!” (drugi). No niby nic, ale zastanawiałem się czemu tłumacz nie był w tym momencie konsekwentny. Pomaga polskiemu czytelnikowi w zrozumieniu co stoi za sygnałem S.O.S.? No chyba nie, nawet przedszkolak odczyta to poprawnie, a komiks na pewno nie jest adresowany do młodszych czytelników, wszak sporo tu przemocy i wulgaryzmów, jak „dziwki”. Ignoruję, not big deal… Czytam historię dalej… Znowu ktoś woła „SOS!” i „Pomocy!”, w oryginale „S.O.S.” i „S.O.S.” no i mam oczywiście podejrzenia, które nakierowują pod koniec historii na pewien twist. Owszem, w oryginale też można to wyłapać, nie mniej jednak tłumacz w tym momencie niepotrzebnie namącił, sprawiając, że motyw jest jeszcze bardziej oczywisty.

Przykład 4
Tutaj mniej frustrujący przykład, to nawet nie jest błąd, po prostu osobiście (subiektywnie) uważam, że tłumaczenie tytułu za nietrafne i nie oddające tego, co oryginalnie „Multiversity” mogłoby znaczyć. Przy czym w tym wypadku rozumiem, że z przyczyn marketingowych tłumaczenie na „Multiwersum” mogło zostać zastosowane, bo po polsku po prostu „lepiej brzmi”. Owszem, komiks jest o Multiwersum – kosmicznym konstrukcie mieszczącym wszystkie fikcyjne światy DC. Ale oryginał nie jest zatytułowany „Multiverse”. „Multiversity” po angielsku oznacza… kompleks uniwersytetów (University-Multiversity), więc jakiś źródłosłów jest, z którego można by wysnuć polskie tłumaczenie (Universe-Multiverse). Nie mniej jednak traci wieloznaczeniowość, która była zapewne intencją scenarzysty. Swoje rozumowanie opieram na zależności słów „diversity” (różnorodność) i „multiversity” (któremu w mojej opinii Morrison nadaje nowego znaczenia, tj. różnorodności do potęgi – „multirodności”, „wielorakość”?, sic!). Owszem tłumaczenie dużo mniej zgrabne, dlatego nie uważam w tym wypadku, żeby tłumacz popełnił jakiś szczególny błąd, ale „Multirodność” ma ten taki wydźwięk „zabawy słowem”, bardzo często spotykany w twórczości Morrisona i niesie ze sobą ten ładunek „różnorodności wielu wersji" – motywu najbardziej przebijającego się na kartach komiksu.

Wiem, że wymienione błędy to nie zestaw najpoważniejszych, ani tym bardziej wszystkich błędów tłumaczenia. Mój dobór przykładów opierałem na różnym rodzaju charakteru błędu. Nie będę doktoryzować się w tym temacie i przytaczać kolejne przykłady, które polegają na tym samym, bo nie miałem zamiaru znęcać się nad czyjąś pracą, rozgrzebując wszystko co mi nie pasowało. I tak za dużo czasu i miejsca na to poświęciłem. W połowie lektury zacząłem już ignorować pomniejsze zgrzyty, a posiłkowałem się oryginałem, kiedy nie wiedziałem, co czytam.
Komiks bardzo wart przeczytania, i mimo tych zgrzytów, czerpałem z niego radość i ekscytację podczas lektury 🙂