Kontynuuję kucie metalu. 2 tom polskiej edycji nosi podtytuł "Mroczni Rycerze" i poza zeszytami głównego eventu zawiera szereg originów Batmanów z Mrocznego Multiwersum. Większość wg schematu: dobry Batman przeżywa punkt zwrotny w swoim życiu, zdobywa moc związaną z innym bohaterem, siła go korumpuje i doprowadza do zapaści jego świata, tuż przed totalną anihilacją pojawia się Batman, który się śmieje ™ i dość łatwo przekonuje Batmana-rezydenta do opuszczenia swojego świata i do szukania swojej szansy na "lepszej stronie" Multiwersum i dochodzi do zetknięcia z tą wersją Batmana już na Ziemi-0. Schemat powtarzalny i niezbyt ambitny, ale swoje zadanie realizuje dobrze - w bezbolesny sposób przedstawia szereg kolejnych "nowych postaci". Nie każda z nich ma wystarczająco wiele miejsca by błyskać w dotychczasowych zeszytach głównego eventu, więc należy to traktować jako opcjonalny suplement.
Zeszyty Snydera już o głównym wątku są mocno obciążone kosmicznym bełkotem, scenarzysta stara się uzasadnić dlaczego coś działa, jak działa i nie wychodzi mu to tak dobrze jak innym światotwórczym autorom, jak Morrison czy Johns, ale mam wrażenie, że też specjalnie nie próbuje udawać, że jest inaczej i raczej dobrze się bawi, żonglując różnymi motywami. Spora część trywialnego bełkotu traci swój campowy urok po przełożeniu na język polski i tu trudno kogokolwiek winić, kwestia kulturowego przeświadczenia. Fabularnie, po przebrnięciu przez mambo-dżambo, Snyder serwuje cudownie elegancki gruby muzyczny tłiścior, który sam w sobie był wart całej lektury 🙂 Muzyka, wbrew pozorom, nie odgrywa w tej serii jedynie roli stylistycznej. W kosmologii DC wibracje, dźwięk i muzyka pełnią rolę, wokół których tłumaczone są zasady podróży między koegzystującymi w tej samej przestrzeni światami. M.in. w Planetary, Authority, Final Crisis czy w Multiversity alegorie muzyczne są powszechne w kontekście przemieszania się między planami. Snyder dodał do istniejącej kosmologii własny twist opierający się na założeniu, a co gdyby ta "kosmiczna muzyka" brzmiała mocniej? Heavymetalowo? Ja to kupuję, dostaję coś, co jest mi znajome, ale jednocześnie stanowi coś świeżego. I jeszcze zaserwował cudowną wariację na temat podróży Batmana przez różne swoje wcielenia sprzed lat, mocno nawiązując do twórczości Morrisona.
Rysunkowo jest różnie - każdy z zeszytów o Batmanach to inny artysta, większość rzemieślniczo ok, niektóre widocznie robione w pośpiechu. Capulo wymiata. Momentami doznawałem oczopląsu i już nie wiedziałem na co patrzę. Czasami kolorysta przesadzał z efektami fx, sprawiając, że sam rysunek był trudniejszy do odczytania.
Podchodziłem do serii z dystansem, choć jestem fanem Snydera, bo sporo jest niepochlebnych opinii a i ostatnie jego komiksy, jakie czytałem, też jakoś do najwybitniejszych nie należały. Tymczasem jestem pozytywnie zaskoczony. Może wiele osób spodziewało się bardziej przyziemnych przygód Batmana z początków kariery Snydera?